Do Sarajewa dotarliśmy późnym wieczorem, nie to, żeby pociąg z Mostaru się wlókł, ale po prostu dość późno wyruszyliśmy, aby jak najdłużej nacieszyć się klimatem starego miasta. Kolej tak naprawdę była dobrą opcją na podróż, to przecież następny sposób na poznanie innego kawałka życia Bośniaków. Nie wiem ile dokładnie linii kolejowych mają, ale jak na swoją mapę spojrzałem to doliczyłem się... jednej. Peronów ze trzy, na każdym dwa tory, ale i tak na wszystkich słupach napisy - pociągi jadące w lewo to do miast A,B i C; a pociągi jadące w prawo to do E,F i G.
Starutkie wagony wtoczyły się na torowisko, my czym prędzej wskoczyliśmy do środka aby zająć dogodne miejscówki. Nauczeni doświadczeniem z autobusów lecieliśmy na wariata, choć okazało się, że dla wszystkich miejsc starczyło. Jak tylko wparowałem do zamykanej części wagonu, czyli jednego z dwóch przedziałów, po których znajdowała się już spora wspólna przestrzeń z wieloma fotelami dla reszty pasażerów, zauważyłem że chłopak siedzący już w środku trzyma na kolanach spore kartonowe pudełko. `Swabodne?` rzuciłem nerwowo brodą wskazując pozostałe siedzenia w wybranej przeze mnie części, jednak wciąż nie odrywając oczu od zdającego się żyć swoim życiem pudełka. Swabodne, swabodne... potrzebujesz pomocy z bagażami? Powiedział po chorwacku, co oczywiście jest zrozumiałe dla nas braci Słowian. Po chwili siedzieliśmy już wszyscy w bogato zdobionym drewnem pomieszczeniu, które czterdzieści lat temu było zapewne vip klasą dla podróżujących Jugosłowian, dziś już od lat potrzebujące ręki rzemieślnika, który doprowadziłby to do wyglądu z czasów swojej świetności. Pewnie wymienią na coś nowego z tytanu i włókna szklanego, pomyślałem, jak tylko władza sypnie kasą na nowoczesność dla podróżujących. No a ten turlający się antykwariat na kółkach dokona swoich ostatnich dni na jakimś złomowisku. Hmm, a może tak jak Orient Express, faktycznie odnajdzie konesera, który zainwestuje w odświeżenie inkrustacji i intarsji i będzie to na przykład Transilvania Express za kilka lat?
Rozglądaliśmy się Kasią po sufitach i podłogach, przy okazji wymieniając uwagi czy to aby bezpieczne opierać głowę o te buro szare zagłówki, kiedy z wspomnianego wcześniej pudła naszego współpasażera wychyliła się głowa małego białego pieska. Byliśmy kupieni. Przecież oboje mamy miłość do psów we krwi i daliśmy znać podróżującemu z małej miejscowości pod Mostarem do swojego mieszkania w przyuniwersyteckim Sarajewie chłopakowi, żeby go nie chował, że nie mamy nic przeciwko temu, żeby mały labradorek stał się pełnoprawnym pasażerem naszej podróży.
Piesek był również pretekstem do rozpoczęcia długiej i ciekawej rozmowy z osobą o kolejnym punkcie widzenia na problemy narodowe, które spotykaliśmy do tej pory na każdym kroku. Student, który w tym roku kończył stomatologię z przejęciem opowiadał o tym, że w Bośni i Hercegowinie nie ma przyszłości dla młodych i ambitnych ludzi. Tata każdego miesiąca oddaje mu sporą sumę oszczędzanych przez lata pieniędzy, aby on mógł skończyć studia i zmienić swoje życie. Być tak jak inni ambitni i inteligentni z BiH mógł wyjechać do normalnego kraju aby tam zacząć budować swoją normalną przyszłość. `You know, we say - when logic ends, Bosnia nad Hercegovina starts` mówi i faktycznie nie jest to pierwszy raz kiedy słyszymy to zdanie. Nie chcę żyć w kraju, gdzie wciąż rozgrzebuje się przeszłość a Twój własny sąsiad podpali ci wycieraczkę, jak będą kolejne wybory. Nie mam śniadej cery, nie noszę brody ani wąsów, mówiąc to podkreśla swoją przynależność etniczną, choć myślę, właśnie chłopaku pokazujesz mi, że sam budujesz mur między częściami swojego miasta. Wiecie, już mam wszytko zaplanowane, jeszcze zostało mi pięć egzaminów i jadę do Norwegii. Chcę żyć normalnie. No i dobra, myślę, w końcu moi rodacy robili dokładnie to samo jeszcze parę lat temu, parę? Wciąż mamy falę emigracyjną mającą głęboko w poważaniu nasz lokalny polski cyrk. Smutne, ale takie prawdziwe...
Do hostelu docieramy już po zmroku. Tak jak na lotnisku nie daliśmy się zrobić szukającemu naiwniaków taryfiarzowi i przewędrowaliśmy spory kilometr, żeby złapać coś `na łapę`. Swoją drogą, czy wspominałem już o tej historii z lotniska? Aaaa to opowiem gdzieś przy okazji, bo to też fajny wstęp do naszej podróży był.
Hostel w Sarajewie został w pewnym sensie polecony nam przez gospodarzy z Mostaru, no i okazał się strzałem w dziesiątkę. Mówiąc prawdę, to jest najlepszy hostel, w jakim kiedykolwiek mięliśmy okazję się zatrzymywać. I oczywiście nie obrażając i nie ujmując niczego innym lokalizacjom, tutaj naprawdę wszystko okazało się być dopracowane i przemyślane. Jeśli kiedykolwiek będę chciał wracać do Sarajewa, a mam nadzieję, że będą jeszcze takie okazje, to będę wracał do Cat, czyli naszego hosta z The Doctor`s House (
www.thedoctorshousehostel.com)
Cat, dziewczyna ze Stanów Zjednoczonych już sama niejeden hostel odwiedziła i w końcu doszła do wniosku, że otworzy swoją własną przystań dla błąkających się po świecie backpackerów, właśnie tutaj, w mieście tak kulturowo różnorodnym i barwnym jak Sarajevo.
No a widok z okna po przebudzeniu mięliśmy przepiękny, idealny wstęp do rozpoczęcia eksploracji ulic i zaułków.