wtorek, 23 września 2014

Mostar w pełnym słońcu

Na początek wkleiłem same zdjęcia, licząc na lepszy internet i możliwość poukładania sobie w głowie kłębiących się myśli i spostrzeżeń. Prawda jest taka, że chyba nawet sami mieszkańcy BiH nie do końca potrafią wytłumaczyć dzielących ich różnic i problemów. Od bratobójczej wojny w zeszłym roku minęło już 20 lat, a po przyswojonych w Mostarze opowieściach taki turysta jak ja, zadający autochtonom relatywnie dużo pytań i starający się obiektywnie spojrzeć na sprawę dochodzi do wniosku, że to wciąż jest gorąca wulkaniczna magma bałkańskiego krateru, która w końcu znów musi wybuchnąć i zalać żywym ogniem ziemię i ludzi żyjących na styku trzech kultur, czyli jak nie spojrzeć trzech wyznań.

Staryj Most, no przepiękny jest po prostu, no i stary oczywiście. Tak jak stare są podziały między wyznawcami krzyża a półksiężyca. Nie chcę oskarżać nikogo, wystarczy, że oni sami wciąż obrzucają się błotem. Faktem jednak jest, że ów przepiękny most podczas wojny domowej runął w wody rzeki dumnie odbijającej jego otomański wizerunek. Tak się złożyło, że naszym kierowcą, który zawiózł nas na szczyt górujący nad miastem, to stu procentowy Bośniak, niby niewierzący i niepraktykujący, ale szerokim łukiem omijający bramę wejściową dajmy na to do punktów kultu Medjugorie, opowiedział nam łamiącą serce historię o napadzie Chorwatów na ich domostwa, o ojcu, który dostając żołnierski przydział pół bochenka chleba dziennie przynosił go matce, jemu i jego braciom ukrywającym się w piwnicach zbombardowanych domów, o mieście odciętym od świata i ostatnim moście, który łączył ich z dostawami pożywienia przywożonymi przez siły rozjemcze. Oczywiście to Stary Most, symbol miasta, a pewnie też dla obcostrańców symbol całej BiH, którzy pośpiesznie zwiedzą dwa lub trzy skupiska miejskie. To tutaj, z tego wzgórza właśnie, z którego widać całą okolicę jak na dłoni, ostrzeliwano nas dniem i nocą. To tutaj snajperzy polowali na każdy przemieszczający się punkt na horyzoncie, niezależnie od płci i wieku. To stąd moździerze za setnym podejściem zrzuciły do rzeki kamienie łączące dwa brzegi zbudowane przez społeczność, która od zawsze była na styku kultur, od zawsze starała się je zjednać i od zawsze nie do końca im to wychodziło. Myślę, piękne opowieści, no i ten krzyż w miejscu, w którym właśnie stoimy, najwyższym w okolicy - a jakże, podświetlany w nocy i wyższy od każdego minaretu w zasięgu wzroku, kolec w serce każdego kłaniającemu się zachodzącemu słońcu na wezwanie muezina. Tylko czemu nie usłyszałem ani słowa o wyrżniętej w pień wiosce Focza i zdziesiątkowanej Trebinie w Hercegowinie opodal przez bogobojnych muzułmanów? Nie zrozumiem tego chyba, wziąłem w autobusie przewodnik do ręki i czytałem o historii kraju, co tam ciekawego autor chciał powiedzieć. Każdy akapit po trzy razy, bo to nie jest łatwe tak to pojąć za pierwszym podejściem... no i co? I wciąż nie wiem. Ale Bałkany ciągną mnie wciąż do siebie, lubię ten teren i różnorodność kultur. Państwo jugoli, pod pięścią Tito homogeniczne i błyszczące dobrobytem dla uciemiężonych obywateli za żelazną bramą. Dziś na marginesie Europy, różnorodne a dla mnie dzięki temu tak interesujące.



Dziś widok zapiera dech, tak jak i przed 1983 rokiem. Wiele państw się złożyło na jego dobudowę. Sama Chorwacja sypnęła kilkadziesiąt tysięcy euro, może trochę w pokucie, może to moje subiektywne odczucie. Ale żeby skoczyć z jego krawędzi, jak to robi się od lat dla atrakcji turystów i zabłyśnięcia przed czarnowłosymi dziewczynami podziwiającymi swoich śmiałków, trzeba się wylegitymować. Pan może, pan też - proszę bardzo, ale Pan? Iksimowić z lewej strony brzegu? Panu to nie wolno, pana tata nie lubił naszego mostu więc żegnamy. No i tak jest w całym mieście, tam gdzie główna ulica stanowiła o linii frontu do dziś dzień widnieje podział pomiędzy kulturami. Dwa uniwersytety, dwa szpitale. A o trzech prezydentach państwa i sześćdziesięciu pięciu partiach politycznych już pisałem? Nie? To może przy następnym podejściu.. No a stadion to jest jeden w Mostarze, po zachodniej stronie, czyli Ci ze wschodniej nie mogą na nim grać, bo muszą też być dwa kluby sportowe. A pan też chciał skoczyć z mostu? Austalia... a to proszę bardzo, ma pan dwa szpitale w mieście, które poskładają panu kręgosłup. Ale Chorwatom pozwolimy przełożyć nogi przez barierkę, jak nasze nogi będą mogły kopać piłkę na ich stadionie...



Piękne rękodzieło, zawsze podziwiałem kunszt ludzkich dłoni, ale wykorzystanie nabojów do robienia długopisów a granatów moździerzowych do dekoracyjnego helikoptera dla synka? Przesada...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz